"Tata, a Marcin powiedział..."

0
środa, lipca 03, 2013
Marcin był najstarszy, najmądrzejszy na osiedlu i zawsze zaskakiwał nas nowymi rzeczami. To właśnie Kapok, jak na niego wołaliśmy, miał jako pierwszy na osiedlu resoraki Matchboxa, najnowsze zestawy klocków Lego  i komputer Commodore. Poza tym miał głowę pełną pomysłów. Gra w zbijaka, pola, przeróżne gry karciane i mistrzostwa osiedla w piłkę nożną na papierze to tylko niektóre z jego pomysłów. Nie będę tłumaczył - nie grałeś, to straciłeś dzieciństwo.

Pewnego dnia, w czasach bez internetu i kablowej telewizji Marcin przyszedł na osiedle z zapisanymi na kartce papieru regułami gry w baseball. Tak, baseball, o którym na początku lat 90tych nie można było w Polsce wyczytać nawet w telegazecie! Prosta sprawa – trzy strike’i, cztery balle, faule, trzy outy, piłka tenisowa i drewniany kij. Kij, który dziwnem trafem miałem w piwnicy. Rodzice nie byli agresywni, nie pochodzę z huligańskiej rodziny, okolica nie była niebezpieczna, a w pinicy trzymaliśmy kij do baseballa. Słodko.

Pokochaliśmy baseball, a ja posiadając drewniany przyrząd do gry stałem się najważniejszą osobą na osiedlu. Rżneliśmy z chłopakami dzień w dzień na placu między dwoma blokami, biegając między studzienkami kanalizacyjnymi, które imitowały nasze bazy, a gdy ktoś odbił piłkę za płot elektrociepłowni po drugiej stronie ulicy zaliczaliśmy home run i ręce same składały się do oklasków. Co tam słychać na fejsiku, jak twoje dzieciństwo przed komputerem?

Parę dni temu nadszedł czas zweryfikować, wyłożone za młodu przez Marcina, zasady. Udaliśmy się z Agnieszką na mecz New York Mets z Washington Capitals. Bilety, a jakżeby inaczej kupiliśmy po taniości na StubHubie i po długiej podróży metrem znaleźliśmy się w dzielnicy Queens. Stadion CitiField może pomieścić 42 tysiące kibiców i od 2009 roku jest nowym domem dla tej drugiej, mniej znanej od Yankeesów, drużyny baseballowej z Nowego Jorku – Mets. Wchodziliśmy na stadion nieco spóźnieni i choć dostaliśmy na wejściu darmowe czapeczki to ominęła nas prezentacja (jeśli jakakolwiek się odbyła?), a po krótkiej rozgrzewce rozpoczął się mecz. Świetna sprawa... przez pierwsze pięć minut. O ile zasady się zgadzały, o tyle narzucana o wiele szybciej piłka była bardzo rzadko odbijana, to i ruchu nie tyle co podczas gry na osiedlu. Rzut – strike. Rzut – strike. Rzut – odbicie, ktoś złapał w lewą rękę, aut. Nuuuuda. A przed nami jeszcze osiem inningów...





Na stadionie było może 30 tysięcy kibiców, tylko, co z tego skoro połowa stała przez większość czasu z piwem w ręku w przejściach między sektorami racząc się kolejnym hot-dogiem i preclem. A może o to właśnie w tym sporcie chodzi? By spotkać się ze znajomymi na piwko, dobrze zjeść, pogadać, a przy okazji obejrzeć parę minut spotkania, skoro i tak już tu jesteśmy? Pogoda na piknik wyborna, stadion odkryty, więc większość kobiet może przy okazji złapać nieco słońca. Żyć, nie umierać.





Po czwartym inningu wolałbym chyba umrzeć. Wynik 1-0 sam mówi za siebie, a słońce stało się nie do wytrzymania i choć zostaliśmy do końca (cały mecz trwał okolo 3,5 godziny...) większość czasu spędzając w restauracji, to nie za wiele z meczu pamiętam. Mets wygrali, kibice jakoś nie specjalnie byli zadowoleni i szybko udali się do metra, a my wykorzystując okazję wybraliśmy się do pobliskiego parku, by popstrykać fotki Unisphery i jak stwierdziła na końcu Aga – był to najmilszy moment całego dnia.




Baseball sucks! Przynajmniej ten oglądany z trybun...

ps. Klusi, wiem, że czytasz - oddaj mój kij!

Dodaj komentarz →

NBA Draft13.

2
niedziela, czerwca 30, 2013
- Wstawaj, bo dostaniesz wilka - krzyczała za młodu mama z okna, jak tylko zauważyła, że po raz kolejny usiadłem na betonie pod klatką i rżneliśmy z chłopakami w 'tazosy', bądź karty. W zeszły czwartek, gdy przycupnąłem na placu przed Barclays Center na Brooklynie, w oczekiwaniu na otwarcie bramek na NBA Draft13 nie było mamy, za to wpadł pewien wilk. Gdy otoczony swoją watahą w oldskulowych koszulkach, ubrany w czapkę Leśnego Wilka, fan Rickiego Rubio spojrzał w moją stronę, serdecznie się uśmiechnąłem i machając dałem mu do zrozumienia, że jest 'cool'. Tak samo cool, jak cała reszta, stojących pod halą geeków, którzy swoją znajomość koszykówki postanowili wyrazić tego dnia niecodziennym ubiorem. Nikt nie wmówi mi, że koszulkę Boba McAdoo z czasów gry w Buffalo Braves, Kevina Johnsona z Suns, czy uczelniany jersey Victora Oladipo ubiera się, bo fajnie leżą i pasują kolorystycznie do reszty stroju! Nie weszliśmy jeszcze na halę, a już było dobrze, inaczej, tak jak powinno być!






- Proszę odczepić obiektyw... a po przejściu przez bramkę kontrolną zrób co należy zrobić. Życzę miłego wieczoru! - tym razem nie dałem się omamić ochronie i od razu poprosiłem o rozmowę z przełożonym, gdy pojawiły się problemy z wielkością apratu. Jeffrey okazał się sympatycznym gościem w moim wieku, który puszczając mi oczko dał jasno do zrozumienia, że trzeba było trick z obiektywem stosować od samego początku wizyty w USA.

Na wejściu dostaliśmy torbę, o której Aga powiedziała: 'Przyda się na plażę', i niech to świadczy o jej bezużyteczności. Otrzymaliśmy także program ze szczegółowym opisem i statystykami 25 najlepiej rokujących zawodników, którzy zgłosili się do tegorocznego draftu. Mało reklam, dość ciekawa treść i sporo statystyk, a na samym środku tabelka do wypełniania, na bieżąco podczas trwania naboru. Stoisko obok Cliff Paul rozdawał okulary i sztuczne wąsy, więc skorzystaliśmy z okazji i poprosiliśmy o pamiątkowe zdjęcie!





Żarty żartami, a głupiemu radość. Szczególnie, gdy dookoła same piękne kobiety, a ta najważniejsza z nich zezwoliła na zdjęcie z pozostałymi. Zazdrosny poczuł się BrooklyKnight i nie dość, że samemu poprosił o fotkę (ah, ta magia internetu...), to jeszcze dostaliśmy pamiątkowy, pierwszy numer komiksu z bohaterskimi czynami maskotki Brooklyn Nets. Jeśli uważasz, że moje rażówiaste buty kłócą się z resztą stroju, to podobnie jak Russell Westbrook nie znasz się na modzie. Moja stylistka mówi, że są git, to tak właśnie jest. Więcej pytań pod numerem telefonu: +447578951589.




Fajnie jest w końcu kogoś poprosić o zdjęcie i mieć pewność (choć nie zawsze...), że nie utnie ci pół twarzy, złapie wszystko dookoła i ustawi odpowiednio ostrość. Gorzej jak chcemy fotki razem... pozostają 'samojebki'.


Do rozpoczęcia przedstawienia pozostało około godziny, nie wpuszczono nas na dolne sketory, by zrobić parę fotek ze względu na zbyt profesjonalny sprzęt, więc udaliśmy się na swoje miejsca, gdzie przez dłuższą chwilę postanowiłem wytłumaczyć Agnieszce 'o co loto', jak przyznaje się miejsca w loterii Draftu, dlaczego Miami nie wybiera w ogóle w pierwszej rundzie i na kogo powinna zwrócić uwagę. I nawet jeśli po 40-minutowym monologu z mojej strony, Pusia na końcu spytała się, czemu na parkiecie nie ma sędziego, nie krzyczałem, tylko zadowolony, że w końcu mam do kogo się odezwać, grzecznie wytłumaczyłem jej, że dzisiaj nikt piłki w koszu umieszczać nie będzie, to i arbiter nie jest potrzebny.

Miejsca mieliśmy średnie, bo reflektory ustawione nad parkietem, mające na celu oświetlać wchodzące na scenę przyszłe gwiazdy, przysłaniały nam większość wydarzeń. Na szczęście było widać podium komisarza i stoliki, przy których zasiadła 13-stka, zaproszonych do 'Green Roomu', czołowych zawodników tegorocznego naboru, więc nie ma co narzekać. Stanowisk komentatorów ESPN (hej Bill!), NBA TV i tablicy z wynikami Draftu niestety nie było nam dane zobaczyć.



Hala zapełniła się prawie do końca, ale chyba nikt nie oczekiwał, że na Drafcie będą tłumy i brak wolnych siedzeń. Może poza konikami, których pod halą roiło się od groma. Taka już przypadłość tej rasy, że jak jeden zacznie sprzedawać skarpety przy drodze w Ugandzie to w przeciągu godziny od pierwszej sprzedanej pary swoje stoiska ustawi koło niego kolejnych pięciu 'biznesmenów' w przydużych garniturach z aktówkami w ręce. Wolnych miejsc nie brakowało, ale czuć było unoszący się w powietrzu duch koszykówki, słychać było konwersacje na temat mało znanych prospektów, a jak na telebimie leciały akcje Top10 z poprzedniego sezonu to nawet najmniejsze dzieci wiedziały kiedy i w jaki sposób należy wyrazić aprobatę. Atmosfera mogła się podobać!

Nadszedł czas pierwszego wyboru, wyszedł David Stern, z trybun poleciało gromkie 'Buuuu...' i czar prysł. Gdyby nie komisarz Stern, jego rządy i zmiany jakie wprowadził przez ostatnie 30 lat, NBA znajdowałaby się pięć lat za wspomnianymi wyżej biznesmenami z Afryki... Zachowanie większości kibiców przy każdym pojawieniu się na podium 'papieża koszykówki' było totalnie nie na miejscu i Bogu dzięki, że sędziwy staruszek zakpił sobie z wszystkich 'wiwatujących' na jego cześć ignorantów machając dłonią prosząc o więcej, rzucając 'I can't hear you!', czy wtrącając żart, że Amerykanie w taki właśnie sposób prezentują szacunek.

- O f*ck! - gdy z 'jedynką' Cleveland wybrali Anthony Bennetta nawet Agnieszka nie kryła swojego zaskoczenia. Im dłużej Nerlens Noel, którego nazwisko przewijało się najczęściej w kontekście wyboru z numerem jeden, został pomijany przez kolejne drużyny, a na telebimie można bylo śledzić jego reakcję i mimikę twarzy, tym ciekawszy robił się ten Draft. Władze klubu z Nowego Orleanu postanowiły skończyć mini-drame wybierając środkowego z numerem szóstym i... to by było na tyle z ciekawych rzeczy. Większość ludzi postanowiła opuścić na chwilę siedzenia, udając się po napoje i coś do jedzenia. Nie byłem gorszy i wysłałem Agę po nachosy z Colą. Ceny jak w Miami podczas Finałów, co troche dziwi porównując rangę obydwu wydarzeń.

Trzeba w tym miejscu dodać, że Draft, który po raz pierwszy odbył się w hali Barclays Center, sam w sobie, na żywo jest bardzo nudny. Pięć minut pomiędzy wyborami poszczególnych drużyn to zdecydowanie za dużo. W przerwach niejako na siłę stara się zabawić publiczność durnymi konkursami, akcjami Top10 i wywiadami z właśnie co wybranymi zawodnikami, które po pierwsze są nieco sztuczne, bo pytania co chwilę się powtarzają, a po drugie ciężkie do zrozumienia, bo przyszłe gwiazdy nie są jeszcze obyte z kamerą, a przerwana właśnie edukacja okazała się niewystarczająca, by w pełni nabyć sztukę poprawnego wysławiania się.

Siedzisz zatem, jak taki osioł na hali i rozglądasz się dookoła. Z prawej jakaś fajna dupcia, przed Tobą wesołe dzieciaki z podstawówki, które tata zabrał na Draft, za Tobą rodzinka nerdów z Indiany w koszulkach Hoosiers.

- Młoda, zobacz tam! Ile masz kasy, dawaj wszystko! - Agnieszka była tak zafascynowana faktem, że młodszy od niej o rok chłopak nadal, mimo pukającej do drzwi 30stki, uważa ją za pełną wigoru, iż nawet nie zwróciła uwagi o co chodziło i beztrosko przekazała mi swój portfel.

Było ich kilku, każdy w innej, bardzo rzadko spotykanej koszulce. Siedzieli w sektorze na prawo, wystarczająco blisko, by dostrzec numery i nazwę drużyny na przodzie. Był wśród nich Jordan z All-Star Game '96, Payton z Seattle, Kemp z Cleveland i ON! Milwaukee Bucks, oldskulowa koszulka z numerem 11... W kieszeni jakieś 300 zielonych, w głowie nadzieja, że typ zgodzi się odsprzedać co ma na sobie. W głowie także ten sam szum, co podczas wizyty na targu Chatuchak w Bangkoku. Wspinając się po schodach w górę czułem to samo podniecenie, co podczas przerzucania worków z używanymi koszulkami w stolicy Tajlandii, gdy natrafiłem na czerwony jersey Raptors z podwójną jedynką na przodzie. Schodząc ze schodów, gdy okazało się, że mój niedoszły kontrahent postanowił założyć koszulkę T.J. Forda, też czułem się jak w Tajlandii... jak wielkiego trzeba mieć pecha, żeby twój największy idol występował dwukrotnie w tych samych drużynach, z takim samym numerem co T.J. 'fucking' Ford? Jak wielkiego trzeba mieć pecha, by to właśnie koszulke tego słabszego zawodnika było łatwiej dostać? Rafer Alston z Bucks... Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

Na hali poruszenie, niemal wszyscy z powrotem na swoich miejscach, czas odliczający wybór z 24 numerem dobiegał końca, a gdy pojawił się David Stern przywitano go gromkimi brawami i okrzykami radości. Tak, to New York Knicks dokonali już swojego wyboru, a komisarz ligi był gotowy oświadczyć go publiczności. Dla przypomnienia, byliśmy w Barclays Center, gdzie swoje mecze na codzień rozgrywają Nets, a to wybór sąsiadów z Manhattanu wywołał największy aplauz. Hello Brooklyn?

- Bierzemy Hardaway'a Jr - szepnąłem siedzącej obok mnie kobiecie na uszko i jak tylko pan David wypowiedział jego nazwisko po raz pierwszy od dwóch godzin dałem się ponieść emocjom i podąrzając za tłumem postanowiłem wstać, by z uniesionymi w górę rękoma celebrować wybór 'moich' Knicksów. Nie, nie uważam, że to dobry wybór. Jest nazwisko, fajny tatuś i wielka scena, więc może coś z tego będzie. A jak nie będzie to i tak warto było wstać na chwilę wyprostować kości.

Z tą chwilą skończyły się jakiekolwiek emocje podczas tegorocznego Draftu i 90% publiczności postanowiła opuścić halę, nie czekając na przebieg drugiej rundy. Nie byliśmy gorsi i choć pokręciliśmy się jeszcze chwilę próbując wykorzystać zamieszanie i przedostać się na niższe sektory, by trzepnąć jakieś zdjęcia z bliska, to wsiedliśmy do metra zanim odczytano nazwisko szczęśliwca z pierwszym numerem w drugiej rundzie.


Podsumowując było fajnie, ale 'dupy nie urwało'. Zdecydowanie za długie przedstawienie, podczas którego pod koniec pierwszej rundy, jeśli nie prowadzisz notatek, nie widzisz tablicy z wynikami i nie sprawdzasz internetu w telefonie, nie pamiętasz kto został wybrany z numerem dziewiątym, a o całej serii wymian między drużynami dowiadujesz się o wiele później, niż siedząc w domu przed monitorem. Najgorsze, że nie za bardzo widać, jak cały spektakl Draftu można ożywić, sprawić by był bardziej widowiskowy i przyjemniejszy dla oka. Chyba, że idąc za namową Agnieszki, liga zaprosi za rok Joe Crawforda, a ten rozdając 'techniki' wśród przybyłych dziennikarzy, nie pozwoli się nikomu nudzić. W przeciwnym razie - nie wpadamy.

Dodaj komentarz →

The Finals - epilog.

4
poniedziałek, czerwca 24, 2013
Skończyło się coś pięknego, cel został osiągnięty, opadły emocję, więc czas na podsumowanie. Nie będzie wyniosłej przemowy i wyszukanych słów, a prym w tym wpisie będą wiodły cyfry. Aby zatem dłużej nie przynudzać...

Swoją finałową podróż rozpocząłem dokładnie w Dzień Dziecka, pierwszego czerwca. Kupując bilet powrotny w marcu nie wiedziałem kto wystąpi w Finałach, więc zarezerwowałem samolot z Warszawy do Nowego Jorku (przesiadka w Londynie), bo wychodziło najtaniej i najłatwiej dostać się do każdego wybranego miasta w USA, w przypadku eliminacji Knicks we wcześniejszych rundach playoffs. Owszem mogłem zaryzykować i od razu kupić bilet do Miami, ale sezon regularny dopiero wkraczał w decydującą fazę i nie miałem pewności, że Heat dochodząc do Finałów będą posiadali przewagę własnego parkietu. Nowy Jork był szybkim wyborem. Z Big Apple do Miami przedostałem się za pomocą autokarów sieci Greyhound i taki sam środek transportu obrałem na trasie Floryda-San Antonio. Z Teksasu, po kolejnych trzech spotkaniach, zmuszony byłem wrócić do Miami samolotem, bo przy jednym dniu przerwy między meczami, nie wyrobiłbym się czasowo wsiadając do autokaru. Po siódmym meczu finałowym dostałem się do Nowego Jorku za pomocą linii lotniczych American Airlines, bo rezerwując bilet z odpowiednim wyprzedzeniem wyszło tyle samo co 24-godzinna podróż autokarem. Zatem w ciągu 21 dni odbyłem jeden lot międzykontynentalny, dwa krajowe i dwie trasy pokonałem autokarem. Cenowo poszczególne odcinki prezentują się następująco (w przypadku dolarów i funtów przelicznik po kursie bankowym z angielskiego konta, złotówki liczyłem po dzisiejszym kursie kantorowym):


Przez pierwsze dni w Nowym Jorku, w oczekiwaniu na wyłonienie finalisty z zachodniej konferencji, korzystałem z gościny gospodarza poznanego za pomocą couchsurfingu. Spałem zatem kompletnie za darmo. Takiego szczęścia nie miałem w Miami, gdzie zmuszony byłem spędzić łącznie dziewięć nocy w najtańszym hostelu, ale nie narzekam, bo od plaży dzieliła mnie jedna przecznica, a warunki były znośne. W San Antonio z pomocą znów przyszedł couchsurfing i większość nocy mojego pobytu przenocowałem na obrzerzach miasta, w campusie University of Texas in San Antonio. Chcąc jednak uniknąć problemów z dojazdem w kierunku apartamentu poznanego Thomasa (mecz kończył się długo po ostatnim autobusie nocnym) wynająłem dwa razy najtańszy w danym dniu motel, a fart trafił, że znajdował się on niedaleko AT&T Arena. Jako, że za motele w San Antonio płaciłem kartą kredytową, a hostele w Miami zostały pokryte z gotówki przeznaczonej na wyjazd, tylko ta kwota będzie brana pod uwagę w końcowym rozrachunku. Na starcie miałem ze sobą 895 dolarów w gotówce i wydałem tę kwotę co do grosza, jako ostatni kupując 21 czerwca baton MilkyWay na lotnisku w Nowym Jorku. Resztę tej kwoty wydałem na jedzenie, transport komunikacją miejską i drobne pamiątki.



Jak nietrudno się domyślać największym kosztem całego wypadu były wejściówki na halę. Nie udało mi się, przez własną głupotę i dziwactwa władz Spurs, dostać na arenę zmagań podczas czwartego meczu Finałów, więc tutaj koszt powinien być jeszcze większy. Pozostałe ceny w tabelce poniżej:


Szybka matematyka, kalkultor i całkowity koszt mojej 21-dniowej podróży w trzech różnych walutach wygląda następująco:


Kupa kasy, nie ma co. Czy było warto? Bez kitu, było! Każdy ma w życiu inne priorytety. Jedni za podobną kasę woleliby kupić sobie nowy używany samochód, inni zrobić remont w kuchni, a jeszcze inni odłożyć na 'czarną godzinę'. Tak się składa, że ja nie mam auta, mieszkania i konta oszczędniościowego w banku. Mam za to marzenia i ich realizja jest dla mnie bezcenna. Pieniądze, rzecz nabyta, a radości z osiągniętego celu, spełnienia fantazji z dzieciństwa i cudownych wspomnień nie odbierze mi nikt aż do śmierci.

Warto w tym miejscu nadmienić, że wynajmując w cztery osoby samochód możnaby nieco zredukować całkowity koszt wyjazdu. O darmową sofę do przenocowania w Miami też mogłem się bardziej postarać. Nie jadłem też w ekskluzywnych restauracjach, bo nie robię tego na codzień, a popisówki walę, tylko na prywatności, przed swoją dziewczyną. Z drugiej strony będąc przez cały okres samemu nie chodziłem na imprezy, więc odpadł problem, gdy budzisz się rano i nie pamiętasz, gdzie podziało się te 100 dolarów, które miałeś w kieszeni. Reasumując - może można było wydać mniej, może jednak nie do końca.

Czas nieco odpocząć od bloggera, odstawić koszykówkę na bok (widzimy się na Drafcie!), oddać temu blogu naturę podróżniczą, zejść na Ziemię, pozostawić Everest marzeń za sobą i już w towarzystwie Agnieszki zacząć zdobywać pozostałe pięciotysięczniki w dwumiesięcznej podrózy po całych Stanach Zjednoczonych. Nie będzie z tych wypraw relacji codziennie, może nawet nie będzie raz w tygodniu. Będzie jak mi się zachce. Albo jak mi się będzie nudzić. Odwiedzajcie, czekajcie, a będzie Wam dane. Mi na sam koniec dane jest, bo przecież to mój blog, podziękować wszystkim osobom za nadesłane maile, pozytywne komentarze, motywujące wiadomości i wsparcie jakie otrzymałem w przeciągu tych dwudziestu czerwcowych dni. Byliście jedną z głównych przyczyn, dla których wpisy z Finałów 'nie umarły' po pięciu dniach podróży. Wielkie dzięki!

A teraz usiądź wygodnie, odpal fajkę, otwórz piwko i znając całkowity koszt swoich marzeń odpowiedz głośno na pytanie - widzimy się za rok?


Dodaj komentarz →

The Finals - Day 19 & 20 - Game 7.

3
piątek, czerwca 21, 2013
Ciarki przebiegły mi po plecach, dostałem gęsiej skórki, zrobiło się niesamowicie gorąco, a w oczach pojawiły się łzy. Sporo łez. Niespotykany smutek. Wieczór podczas 19-ego dnia mojej Finałowej podróży nie należał do szczęśliwych.

James Gandolfini nie żyje... W wieku zaledwie 51 lat, najlepszy dla mnie aktor na Ziemi, zmarł na atak serca przebywając na wakacjach w Rzymie. Nie znałem go, a tak wiele dla mnie znaczył. Tony Soprano wychowując swoje dzieci i ukierunkowując swojego 'bratanka' był dla mnie jak ojciej, gdy po raz pierwszy wyjechałem w wieku 19 lat na emigrację i zarywałem nocki ogladając Rodzinę Soprano.

'Think, Christopher, think. The BIG fucking picture, ha?' - ze wszystkich zapamiętanych cytatów z trzykrotnie obejrzanej serii telewizyjnej to właśnie te słowa najbardziej zapadły w mojej pamięci.

'The BIG fucking picture'!




Czy może być większy obraz niż siódmy mecz Finałów NBA? Game Seven - dwa najlepsze słowa w koszykówce. Nie tylko dla Erika Spoelstry. Od 14 roku życia, gdy na dobre uwierzyłem, że nie zagram w NBA, corocznie zdmuchując we wrześniu świeczki miałem jedno marzenie. Moment, w którym mama wnosi tort, a Tobie zamykając oczy, nabierając powietrza w płuca, pozostaje pare sekund na zebranie myśli i wymyślenie upragnionej rzeczy jest mi nieznany. Od 14 roku życia moim największym marzeniem było uczestniczenie na żywo w siódmym meczu Finałów NBA, najlepiej z dogrywką i rzutem decydującym o wygraniu mistrzostwa oddanym równo z końcową syreną.

Nie udało mi się zakupić biletu w przedsprzedaży na Ticketmaster, a w sieci pojawiła się informacja, że bilety będą dostępne także w okienku American Airlines Arena od godziny dziesiątej rano w dniu meczu, więc jak nie trudno się domyślić, by dalej spełniać swe marzenia, wstałem o siódmej i niecałą godzinę później stałem w kolejce pod kasą biletową. Został mi przydzielony numer 10 i zacząłem się zastanawiać, czy tak właśnie czuła się moja mama stojąc kiedyś w kolejce po cukier.

- Stary, musisz być z Seattle! Tylko ludzie z chłodnego stanu Washington są tak wyluzowani i mają wszystko w d*pie. - rzucił stojący bezpośrednio przede mną szczerbaty afroamerykanin na widok mojej miny srającego kota na puszczy i średniego zainteresowania rozgorzałą dyskusją wśród zebranych ludzi. Od słowa do słowa i okazało się, że pierwsze osoby w kolejce stoją pod halą od trzeciej nad ranem. Taa, a potem wyjdą na trzydzieści sekund przed końcem meczu... W pizdu. Do nikogo już się nie odezwałem, a gdy znajomy głos Dorothy z przykrością oznajmił równo o godzinie dziesiątej, że wszystkie wejściówki zostały wyprzedane i prosi się o pozostanie przed kasą tylko tych, którzy chcą zobaczyć w lipcu Pitbulla, czułem pewnego rodzaju radość. Tymbardziej, że chcąc-nie chcąc podsłuchałem jak kobieta z 'numerem pięć' zwierzała się lokalnej telewizji, że pragnie zdobyć wejściówki, by odsprzedać je potem drożej w internecie, a zysk z aukcji przeznaczyć na fundację LeBrona Jamesa. Bujaj las, a nie nas!

Biletów nie było, kilku frajerów opuściło 'Triple A' z pustymi rękoma, a ja całe popołudnie spędziłem monitorując ruch biletów na StubHub.com. Czas uciekał, wejściówki nie taniały i nieco znurzony, chcąc w końcu opuścić hostelowy pokój, w którym spokoju nie dawał mi, puszczając swój death metal, turecki współlokator zdecydowałem sie pociągnąć za spust i zakupić bilet na sektor stojący. Wydałem najwięcej do tej pory, bo aż 445 dolarów, ale był to decydujący o mistrzostwie mecz i wyciagając wnioski z San Antonio te parenaście dolarów nie robiło mi różnicy. Nie zajrzałem ponownie na StubHub, nie wiem czy bilety potaniały. Nie kasa była w tym dniu najważniejsza.

Po założeniu, jak na Księcia przystało, trzech 'coron' na plaży, nastrajając się muzyką udałem się ku przeznaczeniu. Udałem się raz na zawsze zdmuchnąć świeczki na piętrowym, matczynym torcie, który zaczął tracić swój urok przez spływający na truskawki wosk. Za parę godzin miał polać się szampan, a truskawki moczone być w białej czekoladzie. Za parę godzin nic nie miało być już takie samo!

Spotkany przed halą, ubrany cały na biało i w przepięknym kapeluszu 'Mr Heat', jak sam się nazwał, czerpał radość z zainteresowania mediów i wchodzących na halę kibiców. Szkoda, że nie podzielił mojej radości, bo nie miał wejściówek i jak na gościa, którego 'wszyscy w Miami znają jako najwierniejszego fana Heat' przystało, ostatni mecz Finałów obejrzał w telewizji. Season ticket holders in Miami, he? Od dzisiaj mówcie do mnie 'Mr Finals'. Ten prawdziwy i jedyny.





Albo może zwracajcie się do mnie James Walker, bo właśnie pod takim nazwiskiem wszedłem do AAArena. Przybiliśmy sobie piątki z ochroną na wejściu, złapałem ostatni program i zwijaną planszę, a żeby tradycji stało się zadość udałem się także za kosz Miami, gdzie podczas rozgrzewki poznałem młodszą wersję Birdmana, wymieniłem spojrzenia ze starym znajomym Billem, krzyknąłem do Hubiego Browna, że go kocham, a Shaq'a przeprosiłem, że nie skorzystałem przed poprzednim meczem z zaproszenia na drinka. Trzy ostatnie zmyśliłem, a Chris Andersen parę lat temu wyglądał mniej więcej tak:


Bez zbędnego przeciągania udałem się na swoje miejsce. A tam siedział już, ustępując mi kawałka podłogi, George. Był mniej więcej w wieku mojego taty, miał siwe włosy, a bilet udało mu się kupić dzień przede mną, za sto dolarów mniej. Był też na szóstym spotkaniu, które zasponsorował mu syn z okazji obchodzonego w USA szybciej niż w Polsce Dnia Ojca i dwóch finałowych meczach w poprzednim sezonie. Znał się na koszykówce, humor dopisywał, przegląd pola, jak się spodziewałem, był satysfakcjonujący (może nawet lepszy niż na Game 6) to i gadka się kleiła. Nie zawiódł mnie mój nos - długie włosy, kolorowe spodenki i hippisowskie wyluzowanie spowodowały, że od razu się polubiliśmy. Wymieniając spostrzeżenia na temat ostatniego meczu i sensu podróżowania w życiu, opowiadając George'owi swoją historię nie zauważyłem jak hala zapełniła się do ostatniego miejsca, a dobrze mi znana, lokalna 11-letnia gwiazda, Julia Dale zaczęła śpiewać hymn przed prezentacją. Szybki rzut oka dookoła. Po lewej poznany George, na prawo jakaś dziewczyna, która widać, że mimo małego pojęcia o koszykówce bardzo stara się zrozumieć prowadzoną, ciekawą dyskusję między jej chłopakiem i jego najlepszym przyjacielem (skąd ja to znam?), a za mną jakiś typ chwali się zdjęciami z Mike'm Tirico i o dziwo zna jego imię. Genialnie! Jest jeszcze lepiej, niż podczas ostatniego meczu!






To znaczy było, dopóki nie zwróciłem uwagi, że siedzący przede mną latynosi postanowili cały mecz przesiedzieć na fejsiku, twitteriku i prowadząc video rozmowę na Skypie z pozostałą w domu rodziną... Nie potrafię zrozumieć jak można przyjść na mecz i korzystać przez cały czas jego trwania z telefonu komórkowego, wrzucając nowe zdjęcia. Wiem, że to nie ja nie widziałem 50% spotkania, bo akurat miałem wtedy nos w ekranie i to nie ja wydałem kupę kasy na stukanie w klawiaturę telefonu, ale do k*rwy nędzy, czy naprawdę tak ciężko oglądać spotkanie? Przecież rodzina i najbliżsi znajomi wiedzą, że jesteś na hali... Boli mnie nieumiejętność pożytecznego zagospodarowania własnego życia przez inne osoby. Bardzo boli.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i niemal wszystkim zebranym wczoraj w American Airlines Arena oddać trzeba, że doping był na miejscu i naprawdę głośny, a nikt nie wyszedł przed czasem.

- What a game, what a game! - powtarzał w każdej przerwie George i trzeba przyznać, że te parę słów najlepiej obrazuję całą sytuację. Było magicznie, jedynie w swoim rodzaju i najlepiej jak tylko mogło być! Nie było dogrywki i zwycięskiego rzutu, ale dramaturgia, napięcie i ważące się do ostatniej minuty losy meczu sprawiły, że spełniłem swoje największe życiowe marzenie, nawet bez dwóch jego czynników. Byłem na siódmym meczu Finałów NBA!





I co z tego, że nie widziałem za wiele podczas prezentacji mistrzów, nie słyszałem co powiedział LeBron odbierając statuetkę MVP, a wszystkich świetujących zdobycie mistrzostwa waleniem drewnianymi łopatkami w garnki przy Biscayne Boulevard do końca życia będę kojarzył z roztańczoną, pijaną grupką bardzo młodych latynosów, którzy posiadali raczej znikome pojęcie o koszykówce i liczyła się przede wszystkim impreza.



Liczą się tylko moje marzenia, a to największe zostało wczoraj osiągniętę. Opuszczając halę, niemal jako ostatni, zostałem ukierunkowany tunelem, gdzie odzyskałem wiarę w miasto Miami. Na ścianie widniał kolorowy rysunek, przed którym przystanąłem i nieco się rozklejając udało mi się zebrać myśli. Wymieniając uśmiechy z karykaturą swojego największego idola (bo przecież nie Todd Day?), dotarło do mnie, że to już koniec mojej przygody. Za dwa dni obudzę się w Nowym Jorku, będę musiał znaleźć sobie nowe największe marzenie i jak najszybciej zacząć je realizować, bo ostatnie 20 dni utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma w życiu nic piękniejszego, niż radość z samego siebie i spełnienie, które towarzyszy realizacji fantazji z dzieciństwa.

Nie ma nic piękniejszego niż realizacja 'the BIG fucking picture'!

- Do zobaczenia za rok? - rzucił na sam koniec George, pozostawiając mnie zmieszanego na przejściu dla pieszych. Jak to za rok? To pojutrze nie ma meczu...?


Dodaj komentarz →