The Finals - Day 4 & 5.

0
środa, czerwca 05, 2013
Phil, a właściwie to Filip, obudził mnie z samego rana w garniturze, wychodząc do pracy. Przyjechał do USA z Polski 17 lat temu, ukończył studia ekonomiczne w Buffalo, a od paru lat sukcesywnie pnie się w górę po drabince kariery jako analityk finansowy na Manhattanie. Pożegnaliśmy się tak samo jak się przywitaliśmy i rozmawialiśmy w trakcie mojej krótkiej wizyty na Ridgewood – po angielsku. Właściciel kanapy, na której spałem przez ostatnie trzy dni, nie ma problemu z ojczystym językiem, nazwał nawet kota Ryszard ku pamięci jednego z założycieli 'Solidarności' i rozmawia z nim tylko po polsku. Ja natomiast po polsku się jeszcze w życiu nagadam, a póki co, po tych paru latach spędzonych w Anglii, słuchanie amerykańskiego akcentu sprawia mi ogromną radość.

Thank you, thank you and... thank you – i za godzinę byłem na dworcu autobusowym Port Authority z pięcioma biletami do Miami, każdym na jedną przesiadkę. Nie zmieniłem koszulki z karykaturą Carmelo Anthony'ego od trzech dni, raz bo i tak będę jechał półtora dnia autobusem to się na nowo spocę (gUpi jeszcze wtedy nie wiedziałem, że klima sprawi, iż się rozchoruję...), dwa, bo robi tutaj furorę. Na wypuszczoną tylko na europejski rynek koszke udało mi się wczoraj kupić taniej butelke wody, a dzisiaj kierowca oszczędził mi cierpienia i pozwolił jechać wcześniejszym autobusem do Baltimore.

- I hope those suckers gonna loose - zawieszając oko na końcowej destynacji nie omieszkał także skomentować mojego zamiaru bycia na każdym meczu Finałów NBA, czym ja z kolei nie omieszkałem się z nim nie podzielić. Miłość do Heat jest tutaj wszędzie.

Wjeżdżając do Jersey City gdzieś między wszystkimi fabrykami, skupami złomu i całą resztą industrialnych budynków ukazał się nam, wszystkim czterem pasażerom 'Piotrusia Pana', bo taką nazwę nosił nasz podwykonawca sieci Greyhound, wielki baner – The Finals have arrived! See you Thursday at 9pm! – i choć była to reklama Finałów amerykańskiej stacji telewizyjnej ABC, to ja właśnie w tym momencie, w pełni zdałem sobie sprawę, że od osiągnięcia pierwszej części celu dzieli mnie 1300 mil, pare dni i jeden bilet.

Baltimore było mi znane do tej pory z drużyny Ravens, która w zeszłym sezonie zdobyła mistrzostwo NFL i faktu, iż to właśnie tam rozgrywa się akcja serialu 'The Wire' (f*ck Bill Simmons, Sopranos are the best! – zawsze chciałem to napisać). Teraz będę kojarzył B'more przede wszystkim ze względu na darmowe wi-fi na stacji, gdzie przesiadałem się na dalszą podróż do Waszyngtonu, a dzięki któremu kupiłem bilet na pierwszy mecz Finałów. Sprawa była prosta, najpierw bilety w sprzedaży pojawiały się dla posiadaczy karnetów, po dwóch godzinach w przedsprzedaży mogli je kupić wszyscy za pomocą umieszczonego na twitterze specjalnego hasła, a po upływie kolejnych dwóch godzin bilety, albo w zasadzie to co z nich pozostało, były dostępne dla każdego. Celowałem w ten drugi przedział czasowy. A właściwie to miała mi celować Agnieszka, bo wiedziałem, że będę wtedy w drodze, a ona jest na tyle zaradna, że potrafi mi to ogarnąć. Nie wziąłem jednak pod uwage, że kupując bilety zagraniczną kartą kredytową trzeba będzie ją okazać przy odbiorze wejściówek w okienku na hali. Dowiedziałem się o tym odpalając komputer i gmaila na 10 minut przed upływem czasu przedsprzedaży. Wystarczyło. Sekcja 317 (za koszem), rząd 5, miejsce 15, cena wraz z wszystkimi opłatami 282.65 dolarów i 'otrzyjcie już łzy płaczące'... Na drugi mecz nie zdążyłem się już załapać, pozostały tylko wejściówki na sektor stojący, więc poczekam, aż stanieją i kupie je przy pomocy StubHub. Tak samo jak z góry zmuszony będę szukać za jego pomocą biletów na mecze w San Antonio, bo władze Spurs wyspryciły się i ograniczyły oficjalną sprzedaż wejściówek tylko dla rezydentów swojego miasta.

Uradowany wsiadłem do nowego autokaru i z wrażenia popełniłem pierwszy błąd podczas tej długiej podróży. Usiadłem w niekorzystnym miejscu. Gość pewnie nigdy nie grał w hokeja, ale miał czapeczkę Rangersów, więc nazwałem go 'Czarnym Gretzkym'. Był wielki, zajmował ¾ siedzeń przeznaczonych dla dwóch osób, a do tego lepiej niż ktokolwiek potrafił czerpać wzorce ze swoich rapowych idoli siedząc wygodniej i niżej, niż ja gdy wjeżdżałem swoim Tico w drzewo. Na początku byłem na niego nieco zły, potem się nawet polubiliśmy, gdy siedząca przed nami 'biatch', jak sam ją nazwał, rozlała kubek coca-coli i wszystko dookoła się lepiło. Wtedy też postanowiłem zmienić mu ksywkę na 'WTF?', bo właśnie tyle rozumiałem z tego co do mnie mówił... Z czasem powróciłem do 'Gretzky'ego' z satysfakcją stwierdzając, że moment w którym rozumiesz co mówią do ciebie ludzie wsiadający do autobusu na południe od Baltimore to moment, w którym pełni rozumiesz i nieźle mówisz po angielsku. Nawet, jeśli dużo było w szkole śmiechu.

Śmiechu nie było gdy, przy kolejnym postoju postanowiłem zostawić Wayne'a z tyłu i zasiadłem w drugim rzędzie... tyle, że na kole. Od małego mama powtarzała – 'pamiętaj synuś, nigdy na samym końcu, nigdy na złączeniach okien, bo się oprzec trudniej i nigdy na kole, bo najbardziej rzuca'. Największy strateg wyjazdów, Napoleon długich podróży autokarowych właśnie popełnił swój drugi błąd. Jak się później okazało, nie dane mu było upaść po raz trzeci.

No chyba, że weżmiemy pod uwagę, iż przez cały czas na pokładzie autokaru było darmowe wi-fi, a ja zorientowałem się o tym gdzieś na Florydzie. Może to i dobrze, przynajmniej się wyspałem. Richmond-Fayetteville-Savannah-Jacksonville-Łódź k*rwa... Jak wyglądają Stany Zjednoczone 'po drodze'? Tak samo jak każde państwo 'po drodze'. Las, droga, jakieś pola, łąki, las, jeziora, sen, słuchawki w uszach, jeszcze więcej lasu... i nagle Floryda, Orlando, półgodzinny postój i zmiana autokaru. Bogu dzięki za to Orlando, bo z nudów nie tylko nadałem wszystkim swoim najbliższym współtowarzyszom podróży ksywki, ale przeprowadziliśmy też parę ciekawych konwersacji. Najbardziej zainteresowała mnie historia Johna, który zarabiał na chleb łapaniem kurczaków, całkiem nieźle śpiewał, a teraz wybierał się do Daytona Beach pooglądać zawody Nascar. No dobra, klima była podkręcona na maksa, leciało mi z nosa i zacząłem mieć gorączkę. Nic lepszego mi wtedy do głowy nie przychodziło. Naprawdę myślałeś, że przy moich znikomych zdolnościach socjalizowania się i zawierania nowych znajomości odezwałem się do kogokolwiek przez te marne 32 godziny? Pffff.

Przy powrocie do autobusu po postoju w Orlando sprawdzono nam bagaże wykrywaczem metali. Niby śmieszne, ale powiedz to gościowi, który siedział dwa rzędy za mną i nie tylko nie wpuścili go z powrotem, co jeszcze długo mogą nie wypuścić, bo nie na codzień przewozi się pistolet w bagażu podręcznym autokarowej sieci Greyhound. Życie. To z kolei dobiegało do końca starszej pani siedzącej przede mną i gdy wydobywała z siebie dziwne odgłosy podczas jazdy, bałem się, że możemy stracić kolejnego pasażera. Straciliśmy... tyle, że typ był jeszcze młody i pełen wigoru. Podczas postoju w Fort Lauderdale pies wywąchał, a gliny skuły w kajdanki, korzystającego z pisuaru obok mnie, latynosa, który jak się potem okazało miał przy sobie sporą ilość substancji odurzających. Też pewnie trochę posiedzi, oby mu było wygodniej niż wszystkim pozostałym w autokarze. Życie. To na Florydzie, jak się okazuje potrafi być bardzo praworządne.

Jestem już, a może w końcu, w Miami. Z początku było dziwnie, pan zapytany o drogę na przystanku, kierowca autobusu i wszyscy jego pasażerowie NIE mówili po angielsku, śmierdziało mi Brazylią... I choć nadal śmierdzi mi skarpetami typa, który leży pode mną na łóżku piętrowym, to po prysznicu, spacerze i jedzeniu, Miami Beach nabrało innych barw. Jest pięknie, jest kolorowo, jest ciepło, jest bananowo, jest dobrze! A jutro jak się obudzę będzie jeszcze lepiej, bo pierwszy Finał NBA na żywo można doświadczyć tylko raz w życiu!


Dodaj komentarz →

The Finals - Day 3.

0
poniedziałek, czerwca 03, 2013
Skręcając z 47th Street w 5th Avenue zatrzymałem się na chwilę, wziąłem głeboki oddech i wyjąłem z uszu słuchawki, by w pełni, nie zagłuszając swoich myśli, odczuć nadchodzący moment. Stałem u progu NBA Store. Jedyny w swoim rodzaju, jedyny na świecie. To nie jakaś nasrana na każdym rogu Zara, czy znajdujący się w każdym dużym mieście oddział Armani'ego. Jestem dużym dzieckiem i na widok ciuchów z logiem Jerry'ego Westa cieszę się jak gówniarz na widok Myszki Miki (czy tam innych Bieberów), a NBA Store to mój osobisty Disneyland. Dwupiętrowy sklep wita koszulkami retro: jest Barkley z Phoenix, Carter z debiutanckiego sezonu w Toronto, Hardaway z Miami, Payton z Seattle i cała seria kurtek wydanych z okazji 50 sezonu NBA. Na parterze jest też cały asortyment związany z nadchodzącymi Finałami, skarpetki, piłki i książka Phila Jacksona. U góry, na piętrze, wszystko pozostałe, czytaj swingman, t-shirty, kubki, wycieraczki, dlugopisy i autentyki. Jest dużo, jest wszystko. Jest za dużo... Nie chcąc wydawać pieniędzy, a nie znajdując sponsora, opuszczam swój wymarzony sklep z pustymi dłońmi i przeświadczeniem, że po Finałach, wiedząc na czym stoję finansowo, wróce tutaj i dam się ponieść. Dam się ponieść, bo za te dwadzieścia dni nadal będę tym samym, dużym, dzieckiem.

Dzień dziecka był trzy dni temu, ale tak naprawdę to dziś dostałem swój prezent z tej okazji. Miami Heat niszcząc Indiane awansowali do Finałów. Nie czekałem do końca czwartej kwarty, kupiłem bilet do South Beach przy 20 punktowym prowadzeniu gospodarzy. Rozważając wszystkie opcje (samolot, autobus, wynajem samochodu) przeważył aspekt finansowy i zdecydowałem się na 29-godzinną podróż autokarem marki Greyhound. Będą dwie przesiadki, z czego druga w 'bajecznym' Richmond w stanie Virginia. Będzie też pewnie duszno i niewygodnie, ale płacąc 110 dolarów zaoszczędziłem jakieś 80 bucksów, porównując z transportem lotniczym, na samym bilecie, a jakby nie patrzeć jeden nocleg też mam z głowy, bo spędze go w autokarze. Podróżowałem 32-godziny na mokrym siedzeniu, zaczepiany non-stop przez innych pasażerów, mega niekomfortowym rzęchem po nierównych drogach Afryki, więc ta doba z hakiem po amerykańskich autostradach nie powinna zrobić na mnie wrażenia. Widzimy się 5-ego czerwca, widzimy się w Miami!


Dodaj komentarz →

The Finals - Day 1 & 2.

0
poniedziałek, czerwca 03, 2013
Lot, jak to lot z czterogodzinnym stopoverem był ciężki. Choć lotnisko w Warszawie zaskoczyło pozytywnie, 30-minutowe, darmowe wi-fi przeszło moje najśmielsze oczekiwania, a samolotem leciał także pierwszy polski, biały murzyn, poseł na Sejm John Godson to kolorowo przestało być w Londynie. Nie mogło być inaczej, jeśli musisz stać godzinę w kolejce po kartę pokladową podziwiając jak cała rodzina przed tobą przyszła na lotnisko z wygaśniętą datą ważności swoich paszportów (!), jakiś Amerykanin zadaje pytanie 'Czy w samolocie będzie pilot?', a grupa Meksykanów robi zamieszanie, że ich samolot zaraz odlatuje i są przepuszczani bez kolejki, tylko po to, by za cztery godziny siedzieć pare rzędów za Tobą. Rozmawiałem wtedy przez telefon - 'Młody wuluzuj się, za parę godzin będziesz w USA!' - no to jestem.

A tutaj kolejka jeszcze dłuższa, tym razem po wize. Pragnąc odwiedzić Stany Zjednoczone my, Polacy musimy się zgłosić do ambasady, bądź konsulatu USA w Warszawie, Krakowie, czy gdziekolwiek indziej (w moim przypadku był to Londyn) po promesę wizową. Nie upoważnia nas ona do niczego poza wejściem na pokład samolotu, bo właściwa wiza zostaje nam wbita do paszportu dopiero na lotnisku w Ameryce, po identycznej, jak wcześniej w ambasadzie, rozmowie z urzędnikiem celnym.

- Dlaczego przyjechał Pan dzisiaj do Stanów Zjednoczonych? - gościu był młody, miał minę jak srający kot na puszczy i rękę całą w tatuażach (jak zdecydowana większość urzędników na lotnisku, można mamo?).
- Chciałbym być na każdym meczu Finałów NBA, a następnie trochę popodróżować.
- To kogo będziesz w tych Finałach podziwiał? - chciał wyczuć czy nie blefuję, pewnie Azjaci stojący w kolejce przede mną, którzy zostali zaproszeni na dogłębszą rozmowę do 'pokoju zwierzeń' mieli podobne alibi.
- Póki co San Antonio Spurs i, mam nadzieję, że dzisiaj dołączą do nich Miami Heat.
- Fucking Miami - tu bez tłumaczenia. Naprawdę celnik tak powiedział, a ja już wiedziałem, że rozmowa przebiegła pomyślnie.

Wiza na sześć miesięcy, 30 listopada ostatnim dniem mojej pogoni za marzeniami. Wbrew temu co można wyczytać w internecie bardzo prosto jest dostać się do USA. Nie trzeba przedstawiać żadnych wyciągów z konta bankowego, nikt nie pytał się o bilet powrotny, co stało się z moją pracą i dlaczego jestem w stanie pozwolić sobie na 6-miesięczną podróż po drogim kraju pracując jako barman i recepcjonista. Na lotnisku poza pieczątką w paszporcie nie dostaję się też żadnego papierka, który trzeba zwrócić przy opuszczaniu kraju - obalam kolejny mit z forum ambasady.

Pierwszy dzień był stracony. Wylądowałem o godz 16:40, zanim ogarnąłem wszystkie formalności, odebrałem bagaż i dostałem się na Ridgewood, gdzie dzięki uprzejmości i niespotykanemu zaufaniu (zostawiłbyś obcej osobie klucze na chatę pod wycieraczką?) Phila stacjonuję przez te pare pierwszych dni, było przed 20stą. Szybki prysznic i spadam na miasto. Nie ważne gdzie, ważne by pokazywali mecz Pacers-Heat. Złożyło się, że wsiadając do pierwszego lepszego metra wylądowałem na Grand Central Station, by następnie kręcąc się po uliczkach natrafić na Times Square... wszystko pięknie i kolorowo, ale na zwiedzanie czas będę miał później, teraz najważniejszy jest mecz. No i może mój brzuch, który domagał się jedzenia. Dopełniając swój amerykański sen pierwszym skonsumowanym posiłkiem po tej stronie atlantyku nie mógł nie być, przyrządzony przez Ronalda (czy tam kogoś pod nim), soczysty BigMac. Nie martw się, smakuje tak samo jak w Europie. Znalazłem bar, zdenerwowałem się wynikiem, jeszcze bardziej zdenerwowałem się zapłaconymi 22 dolarami za dwa piwa i pojechałem spać. Jet-lag naprawdę istnieje, nie warto z nim zadzierać. Nowy Jork pierwszego dnia był spoko, ale zmęczony i niewyspany nie byłem w stanie go w pełni docenić.

Ekscytacja, na którą czekałem 26 lat, 8 miesięcy i 5 dni miała nastąpic dnia następnego. Od rana piękna pogoda, jakieś 90 stopni Fahrenheita (przyzwyczaj się, zgugluj sobie też galony, mile i stopy), słoneczko i pociąg na Harlem. Ulica 155 ma dwa przystanki, wysiadłem, jako jedyny z całego pociągu, na tym złym. Okolica nieciekawa, jakoś tak 'czarno' i brudno. Wchodząc do sklepu po wodę nie spodziewałem się, że będę jedynym białym spośród wszystkich klientów. Nie wiem co miało wpływ na to, że zostałem przepuszczony na początek kolejki - kolor skóry, czy tylko jedna rzecz, którą zamierzałem kupić, ale zrobiło się miło, a ekspedientka wezwana do odpowiedzi wskazała mi drogę do 'mekki'.

Holcombe Rucker Park był pusty, nie licząc paru rzucających do kosza dzieci i grupki afroamerykanów kłócących się o to, czy Spurs mają obecnie najlepsze 'chemistry' w lidze NBA. Wyglądali na tyle dziwnie, a kłócili się na tyle głośno i przy użyciu wulgarnych słów, że nie odważyłem się wyjąć aparatu z futerału. Ba, nie odważyłem się nawet postać tam za długo, bo po paru chwilach, dotknięciu siatki okalającej moją Ziemię Obiecaną, postawieniu nogi na boisku, otarciu łez i upewnieniu się, że wieżowiec w tle stoi, a parkiet czeka na mnie z piłką, poszedłem z powrotem na metro. Ten sam pociąg, tym razem w kierunku Downtown, tym razem już w towarzystwie większej ilości podróżujących.

Wysiadłem na 4th Street, a przed moimi oczami ukazał się 'The Cage'. Drugie najbardziej znane boisko streetballowe na świecie, pierwsze jeśli mówimy o pick-up games i liczbie chętnych do gry. Jeśli myślałeś, że rozpocznę zwiedzanie od Statuy Wolności, czy Empire State Building, to zapomniałeś, że Agnieszka jest nadal w Londynie. Otoczka 'Klatki' jest niesamowita, trafiłem na jakąś niedzielną lige, pełno turystów wisiało na płocie, z głośników leciały 'czarne' hity, a speaker przez megafon komentował każdą akcję. Na początku grały kobiety, by pod wieczór, gdy powróciłem tam ponownie swoje mecze, na naprawdę niezłym poziomie rozgrywali faceci. Mógłbym spędzić tam cały dzień po prostu czerpiąc radość z bycia w takim miejscu.

Mógłbym, gdybym nie był głodny. Szybki rzut oka na mapę, jeszcze szybsza decyzja kierunku marszu i za parę minut już byłem na Little Italy i Chinatown. Granicę pomiędzy tymi dwoma dzielnicami stanowi policyjna barierka stojąca po środku zamkniętej dla ruchu ulicy. Włoska strona jest ciekawa, ale wyniosłe restauracje i kelnerzy w kamizelkach i pod krawatem dali mi jasno do zrozumienia, że to nie miejsce na moją kieszeń. Co innego u 'chińczyków'. Natrafiłem akurat na jakiś uliczny festiwal, wyglądało jak w Bangkoku, więc i uliczne żarcie powinno być jak trzeba. Nie było... ryż był 'al dente' a kurczak nie był kurczakiem. Kości w panierce słodko-kwaśnej i po paru gryzach już wiedziałem, że trzeba się cofnąć do 'Makaroniarzy' po dwa kawałki pizzy na wynos. Po drodze znalazłem boisko w samym sercu Chinatown i to właśnie tam, podziwiając małych, z nieźle ułożonym rzutem, grających z zamkniętymi oczami, żółtych graczy postanowiłem dokończyć swoje papu.

Najedzony i gotowy do dalszej drogi nagle się 'zesrałem'. Chwyciła mnie alergia, zacząłem drapać oczy, dostałem gorączki, co w połączeniu z wysoką temperaturą powietrza, wysoką wilgotnoscią, sporą liczbą pokonanych kilometrów i wciąż nie do końca zwalczonym jet-lagiem przerodziło się w przymusową, godzinną drzemkę na trawie w parku. Nie pomogło, byłem nie do życia. Leżałem w środku miasta, o wizycie którego marzyłem od dziecka, a nie potrafiłem już dłużej się z tego faktu cieszyć. Chciałem być w Solcu Kujawskim, na górnej części swojego dziecinnego piętrowego łóżka przy ulicy Bydgoskiej i zasnąć zapominając o swoich marzeniach. Czym prędzej, po drodzę odwiedzając jeszcze Madison Square Garden, udałem się do domu Phila. Obejrzeliśmy jakiś serial, pogadaliśmy i kładąc się zdałem sobię sprawę, że jestem głupi. Jestem głupi, bo pozwoliłem, by jakaś alergia odebrała mi przyjemność z wizyty w Nowym Jorku, przesłoniła wszystkie pozytywne chwile, jakich doświadczyłem przez ostatnie 48 godzin. Nic z tego, kupiłem tabletki, wziąłem prysznic i wychodzę z domu, bo znajdujący sie na 5th Avenue NBA Store i wieczorny siódmy mecz Finału Konferencji pomiędzy Pacers-Heat zasługują na osobny, jutrzejszy post na tym blogu.



Dodaj komentarz →

The Finals - prolog.

4
piątek, maja 31, 2013
Dzielnica Ridgewood w Nowym Jorku jest niepisaną historyczną granicą pomiędzy dwoma obszarami - oddziela od siebie Brooklyn i Queens. Na wschodzie Jamaica, gdzie po ulicach biegał za młodu Lamar Odom i przede wszystkim Rafer Alston. Gdzieś na południu Cypress Hills i nie ma to nic wspólnego z 'Hello, my name is doctor Greenthumb'. Od zachodu Ridgewood sąsiaduje z Williamsburgiem i nieco dalej polskim Greenpointem. Może dlatego Phil, u którego za pomocą couchsurfingu udało mi się znaleźć sofę na pierwsze dwa dni pobytu w Nowym Jorku, okazał się Polakiem? Poza Philem w Ridgewood rezydował swego czasu węgierski magik – Harry Houdini. Klatki, łańcuchy, basen z wodą i jeden gościu, który na golasa robił wszystko by się z nich wydostać.

Tym razem bez luster, bez dymu, lecz także w pojedynkę postaram się dokonać nie lada wyczynu. Postaram się być na każdym meczu Finałów NBA, na żywo, w hali. Nie sponsorowany przez nikogo, bez akredytacji, kupując bilety na własną rękę i samodzielnie planując całą podróż stanę przed możliwością spełnienia największego życiowego marzenia. Przelatując z miasta pierwszego finalisty do drugiego na przestrzeni 20 dni zobacze maksymalnie siedem spotkań na żywo. A dodatkowo postaram się wszystko opisać na łamach bloga, z dokładną kalkulacją kosztów. Nie po to by liczyć na rozgłos, czy chwalić się posiadaną gotówką, lecz by udowodnić zdecydowanej większości ludzi, że pogoń za marzeniami potrafi być bezcenna i półroczne wyrzeczenie się przyjemności można przerodzić w coś o wiele piękniejszego, niż kolejny remont mieszkania. Moja podróż ma być inspiracją, pobudzającym bodźcem i reklamą Mastercard. Nie znajdziesz tutaj wyszukanych statystyk, fachowej analizy poszczególnych akcji, a dokładny wynik zejdzie na drugi plan. Możesz liczyć za to na: garść ciekawostek związanych z otoczką Finałów, tym co dzieje się wokół hali, jak najtaniej kupić bilet, jak Finały wyglądają z perspektywy zwykłego zjadacza chleba, informacji na temat ceny hot-dogów w hali i o wszystkim tym, co chciałbyś wiedzieć, a nie znając mnie wstydzisz się napisać maila.

Przez te pare czerwcowych dni to koszykówka będzie w moim życiu najważniejsza. Będę spał, jadł i żył koszykówką, dlatego eliminując ryzyko spędzenia czasu i rozmów z jakimiś przypadkowymi osobami, szukając ludzi skłonnych mnie przenocować w San Antonio, Memphis i Miami (tak, nie dopuszczam Indiany do Finałów, a wierzyłem jeszcze wtedy w Memphis) wpisywałem w wyszukiwarce couchsurfingu dwa słowa kluczowe – 'basketball' i 'NBA'. Znalazł się Thomas w San Antonio. Zadeklarowany fan koszykówki, nie do końca rozumiejący, że ja naprawdę będę na każdym meczu na żywo w hali. Inaczej nie chwalił by się swoim dużym telewizorem, co nie? W Miami się nikt nie znalazł, dlatego bez spinki przenocuję te pare dni w hostelu, a wolne od Finałów chwile przeleże na plaży kończąc książkę o historii ligi lub spędzę na boisku.

Miał być z tego dziennik, ale znając życie raz, drugi obudzę się 'wczorajszy' i pisać będzie mi się chciało tak, jak wynosić śmieci, gdy poprosi mnie o to mama. Postaram się by było często, ciekawie i nie do końca poważnie. Postaram się przede wszystkim by było oryginalnie, bo według 'wujka google' będę pierwszym Polakiem, który tego dokona. Mam nadzieję, że nie ostatnim i na kolejne Finały, za rok, pojedziemy razem!


Dodaj komentarz →

Siemano Polska!

0
poniedziałek, maja 27, 2013
Na jezyku polskim w liceum dosc szybko wykombinowalismy z Mateuszem, ze pani Anna siadala z reguly na drugiej lawce i prowadzila lekcje dla wszystkich z pominieciem tych szczesliwcow, ktorym udalo sie usiasc na poczatku sali. Z konca przesiedlismy sie na poczatek, smiechu wbrew pozorom bylo nawet wiecej, a do tego zapewniajac sobie 45-minutowa pewnosc, ze nie zostaniemy wezwani do odpowiedzi moglismy w spokoju oddac sie tak waznym zajeciom jak ustalanie skladow do Hattricka, czy rozgrywac zawody w skladaniu dlugopisow na czas. Jak mozna sie domyslec z samych zajec nie pamietam za wiele, nie musialem przeczytac zadnej lektury, ani odrabiac prac domowych. Hajlajf. Pamietam jednak, ze kazda dobrze zbudowana rozprawka, artykul, czy post na blogu musi posiadac wstep, rozwiniecie i zakonczenie. Zatem wstep juz mamy z glowy.

Ladujac w sobotnie popoludnie w Bydgoszczy nie bylo tak wesolo jak podczas licealnej nauki ojczystego jezyka. Bynajmniej nie na siedzeniu po mojej prawej stronie. Facet siedzacy kolo mnie, przy oknie, byl grubo po 40-stce. Podczas samego lotu nie za bardzo zwracalem na niego uwage, na uszach mp3, na powiekach sen. Podchodzac do ladowania, bedac zmuszonym wylaczyc wszystkie urzadzenia elektryczne, zapinajac pasy, po raz pierwszy moglem sie mu lepiej przyjrzec. Umiesnione rece, grube dlonie, koszulka polo z krotkim rekawkiem wlozona w spodnie i charaktyrystyczny pasek z futeralem na telefon. Standard, pewnie pracuje na budowie. Gdy samolot znajdowal sie coraz nizej facet ów zaczal wydawac z siebie dziwne dzwieki. Pojawily sie lzy, a gdy przebilismy sie przez chmury i naszym oczom ukazaly sie bydgoskie Kapusciska nasz bohater kompletnie sie rozsypal. Szlochaniu nie bylo konca, a w pewnym momencie zaczalem sie martwic, ze swoimi wielkimi dlonmi wytrze sobie oczy az do krwi. Dlugo musial na tej budowie pracowac... Mnie tez dlugo tu nie bylo, prawie rok. Podczas ladowania nie bylo lez, na lotnisku obylo sie tez bez wzruszenia. Rodzice odwiedzili mnie niedawno w Londynie, wiec nie zdazylem na nowo zatesknic. Pojawilo sie natomiast szczescie, bo lubie ten moment powrotu do kraju.

Polska jest fajna, jest jedyna w swoim rodzaju. A na przestrzeni ostatnich trzech lat, przynajmniej z perspektywy emigranta, staje sie coraz piekniejsza. Wszedzie cos buduja, otwieraja sie nowe lokale, a wpadajac tu dwa razy w roku wszystko wydaje sie zywsze, ciekawsze i interesujace. Wiem, ze gdzies tam za tym wszystkim ludzie maja kupe problemow, pozaciagane kredyty, maz pije do upadlego, a na poczcie nadal siedzi ta stara menda, ktora odpowiadajac 'Dzien dobry' psuje ci pozostala czesc dnia, ale dla mnie ten tydzien spedzony w kraju jest bardzo pozytywnym zastrzykiem energii. Tymbardziej teraz, gdy wyjezdzam w ciemno do Stanow, spelniac swe marzenia. Bardzo mnie cieszy, ze swoja finalowa podroz marzen moge rozpoczac w kraju nad Wisla. Bardzo mnie cieszy, ze choc na tydzien moge przestac byc 'Chrisem', a ludzie na boisku (tak, gralem wczoraj w kosza!), w domu, czy na imprezie wolaja na mnie 'Krzysiu'. Przyjaciel Kubusia, kolega prosiaczka. I tak lepsze to niz wiejski glupek Krzychu, czy niezwykle stonowany i powazny Krzysztof. Ot, zwykly prosty chlopak, ktory spiac na podlodze w pokoju brata, na tydzien zapomina o bozym swiecie i delektujac sie przyrzadzonym przez mame 'leczo' czerpie pozytywne wibracje spotykajac sie ze znajomymi, rozmawiajac z przyjaciolmi i ogladajac z mlodsza siostra 'M jak Milosc'. Polska - 'nie pytaj mnie o Nią'!

Lawke za mna, na polskim, w liceum siedzial zawsze Przemek z Gosia. Gosie spotkalem ostatnio w sklepie spozywczym 'Bartek' w poludniowej czesci Londynu. Przemek na moj widok w sobote zdziwil sie rownie mocno, co na fakt, iz mimo calej licealnej glupawki i stopni dostatecznych, potrafie napisac rozbudowana wypowiedz skladajaca sie ze zdan wielokrotnie zlozonych. I podobno calkiem dobrze mi to idzie. To tyle w kwestii zakonczenia, co by pani Anna nie byla rozczarowana.


Dodaj komentarz →

Strach ma krótkie nogi.

2
piątek, maja 24, 2013
W czwartkowe, lipcowe popoludnie 2010 roku siedzielismy z Agnieszka 'ta pierwsza' na lawce w parku nieopodal swojego wynajetego pokoju w poludniowej czesci Londynu. Trudna rozmowa, chwila zwatpienia. Pojawily sie nawet lzy. Bo po co, bo daleko od domu, bo tesknimy, bo rodzina, bo mialo byc tak pieknie. Przyjezdzajac do Anglii zmuszeni bylismy pozyczyc spora sume funtow na depozyt za mieszkanie, na czynsz, na transport. W Polsce nam sie nie przelewalo, a teraz tutaj siedzac w parku, placzac, majac dlugi zastanawialismy sie za co kupimy jutro chleb. Tak, to byl dzien w ktorym zabraklo nam 50 pensow do bochenka chleba, a wyplata byla dopiero dnia nastepnego. To byl tez czas, w ktorym Aga by oszczedzac musiala jezdzic do pracy dwie godziny autobusem, do metra wsiadajac pierwszy raz po kolejnych dwoch miesiacach pobytu. To byl tez czas, w ktorym nie moglismy pozwolic sobie na odrobine jakichkolwiek przyjemnosci, a codzienne zakupy musielismy monitorowac za pomoca notesiku, zeby czasami nie przekroczyc posiadanego na dany tydzien budzetu.

- Nie placz, zaufaj mi, wszystko bedzie dobrze! - sam nie wierzylem w to co mowilem. Mialem wyrzuty sumienia, ze namowilem swoja druga polowke na ten emigracyjny wyjazd. Znajac siebie, wiedzialem, ze wyjdziemy w koncu na prosta, ze potrafie oszczedzac jak nikt inny i zostalem wychowany na niesamowicie ogarnietego zyciowo mezczyzne (dziekuje mamo, tato!), a mimo wszystko potwornie sie balem.

Nie bylem w tym parku od dluzszego czasu, nie mam juz zadnych dlugow, a wrecz przeciwnie, sciagnalem ostatnio nalezna mi gotowke od wszystkich dluznikow. Nie mam tez wielu zmartwien, prowadze beztroskie zycie, ktos placi mi za ogladanie NBA, wyslalem kartony z ciuchami do Polski, jestem w przededniu opuszczenia kraju 'wiecznych deszczy', a mimo wszystko... znow sie boje. Czlowiek przyzwyczaja sie do miejsc, do ludzi. Mieszkam ponownie w Londynie od trzech lat. Kupa wspomnien, imprez, koncertow, pierwszy mecz NBA na zywo, igrzyska olimpijskie. Kupa poznanych ludzi, te mniejsze i wieksze przyjaznie. I teraz pakujac 10 kilogramow do 65-litrowego plecaka mam nagle wszystko zostawic, zapomniec? Jak mam zmiescic ten bagaz doswiadczen, zawarte przyjaznie i wspomnienia w tak malym plecaku? Czy potrafie nie ogladajac sie za siebie w sobotni poranek, po ostatniej nocnej zmianie wsiasc do autubsu Terravision i raz na zawsze podziekowac krolowej brytyjskiej za wspolprace?

A moze boje sie, bo raz juz kiedys, dwa lata przed rozmowa na lawce w parku Streatham Common, mialem jechac do Stanow i sie nie udalo? Powracajac z dziekanki zobaczyli mnie wtedy na uczelni tylko na dwoch pierwszych zjazdach. Przestalem chodzic, bo bylo nudno - o wszystkim moglem samemu czytac w internecie, a studiujac politologie narazalem sie dodatkowo na filozofie polityczna wykladowcow, ktora to, nie raz, klocila sie z moimi wlasnymi przemysleniami i bedac mlodym wolalem nie dopuszczac wtedy zdania innych. Nie przeszkodzilo mi to w oszukaniu systemu, wlasnorecznym wypelnieniu sobie indeksu, zakupieniu na allegro pieczatki prodziekana i sfinalizowaniu posiadania pisma poreczajacego status studenta, ktore bylo mi niezbedne do wyjazdu z pomoca firmy Camp America. Na osiem godzin przed wylotem do Nowego Jorku, klamstwo, jak mawiaja, znow mialo krotkie nogi. Rozbilem sie samochodem... no dobra moze niech zostanie, ze rozbilem sie Deawoo Tico... na drzewie, po drodze na ostatnie pozegnanie z 'ta pierwsza'. (Zabawne, jak dlugo juz jestesmy razem, he? - przyp. redakcji). Zapiete pasy uratowaly mnie przed wylotem przez przednia szybe i wyladowaniu na dole parometrowej skarpy. Pech chcial niestety, ze podazajac wskazowkami amerykanskich raperow nie potrafilem siedziec w aucie normalnie, a dolna czesc pasa, przy kolizji z drzewem zacisnela sie na brzuchu wystarczajaco mocno, bym wakacje spedzil w kurorcie przy ulicy Biziela w Bydgoszczy sikajac do woreczka. Zmiazdzony moczowod, choc na poczatku wszystkim wydawalo sie, ze to 'kamienie' i nie mialo nic wspolnego z wypadkiem. Ot, zwykly przypadek, ze jadac 80km/h wjezdzajac w drzewo pudelkiem zapalek na kolkach male kamyczki postanowily dac o sobie znac. 'Chyba nie lałeś?' - powiedzialaby moja mlodsza siostra. Rzeczywiscie, wtedy mialem z tym problemy. W kazdym razie - w najblizszym tygodniu nie siadam za kolkiem, za wczasu pozegnalem sie z kim trzeba, a mimo wszystko nadal sie boje. Tak jak ty bedziesz sie bal mnie, gdy za dwa dni zamiast tego tekstu, bedzie tutaj pewne zdjecie klikniesz w ten link.

Nie boje sie wyjechac. Boje sie, ze kolejny raz cos stanie na mej drodze. Boje sie jak wtedy, gdy pierwszego dnia, poznym wieczorem w Nairobii pomylilismy z 'tym drugim' ulice i przy braku miejskiego oswietlenia jedynym jasnym punktem wyznaczajacym nam droge byly nieskazitelnie biale galki oczne zebranych tlumnie, w zakamarkach kamienic, kenijczykow, skupione na dwoch/jedynych bialych w okolicy. Boje sie, jak przed Afryka balem sie tylko Boga.

To by bylo na tyle w kwesti pitu-pitu. 20 minut, trzy check-iny i jeden telefon z rezerwacja pozniej, tym razem to strach ma nieco krotsze nogi. Czas odbyc zatem ostatnia nocna zmiane w pracy, dnia nastepnego zjesc tradycyjne pelne angielskie sniadanie z jedynym w swoim rodzaju bekonem, fasolka i puddingiem, a potem skierowac swoje cztery litery  do komfortowego samolotu Ryanair, gdzie z kolanami przy brodzie, scisniety pomiedzy dwoma innymi pasazerami, przebudzany co rusz przez stewardesse wciskajaca mi loterie, czy elektroniczne papierosy, odsypiajac nocke przestane o marzeniach snic, a zaczne je w pelni realizowac!


Dodaj komentarz →

Pożegnanie z Anglią.

1
poniedziałek, maja 13, 2013
Od 18 maja 2012 roku, gdzies w okolicach poludnia, minal rok bez pieciu dni. Od tamtego czasu pogodzilem sie na dobre z 'ta trzecia', ktora z tym zdaniem oficjalnie staje sie 'ta pierwsza', bo zarazem NAJWAZNIEJSZA! Oprocz historycznej 'sztamy' byl mecz z Rosja podczas Euro, tydzien w Barcelonie podczas ktorego uczylem Duranta jak sie jezdzi na Seagway'u, jesienna dwudniowa proba odnalezienia kalanek w Prowansji, nieudana przymiarka zakupu biletu do Japonii za 400 zlotych, pierwszy post na tym blogu, dosc dziwna wizyta w Brazylii, dwie przeprowadzki i cztery nowe miejsca pracy. Trzy razy wynioslem tez smieci i codziennie mylem zeby. Nie codziennie dwukrotnie.

Zdazylem tez przez ten rok posegregowac wszystkie mysli, poskladac je w calosc i podjac decyzje. Decyzje, co dalej. Czas zatem wziac przyklad z Moniki Richardson i pozegnac sie z Anglia. Przyszykowujac wczoraj rzeczy do wysylki dotarlo do mnie, ze opuszczam (w koncu!) ten kraj. Kraj, w ktorym nikt nie myje okien w domach, zamiast zaslon wywiesza sie przescieradla, swiatlo w lazience zapala sie na sznurek, wszedzie jest grzyb, a jak myjesz sie nad ranem w umywalce to w ryj ci albo parzy albo pizdzi. Wieczorem zreszta tez.

No i jest jeszcze to...

Pochodzacy z Solca Kujawskiego zepol rockowy Roan jest bardziej znany w Chinach, anizeli w swoim kraju. Wokalista, ktory dorabial niegdys uczac informatyki w gimnazjum, byly juz basista slynacy na moim osiedlu z nieznoszacej bawiacych sie pod jej balkonem dzieci matki furiatki i pozostali czlonkowie bandu najbardziej zaslyneli w Polsce nagraniem 'Ten zimowy czas', ktore do teraz znajduje sie w czolowkach zimowych hitow. Piosenka bedaca polskim odpowiednikiem 'Last Christmas' idealnie nastraja co roku do nadchodzacych swiat. A jak wiemy w swieta 'ciagle pada snieg'... a przynajmniej tak sobie wmawiamy.

Anglicy nic sobie nie wmawiaja. Tutaj naprawde 'ciagle pada', tyle, ze deszcz. Czasami mysle, ze to Pan Bog placze nad tym biednym krajem, ktorego pewnego dnia wyniszczy naplywajaca fala nielegalnych imigrantow z Indii, Albanii, Senegalu i innych Pakistanow. Ci przebywajacy tu legalnie wcale nie sa lepsi. Wyludzanie zasilkow, robienie dzieci dla pieniedzy i symulowanie chorob jest na Wyspach bardziej oplacalne anizeli gdzie indziej.

Nie jestem w zlym humorze, lubie poniedzialki... Szczegolnie dwa ostatnie poniedzialki, ktore mi tutaj pozostaly. Do czasu, az jakis kolejny arogancki francuzik zapyta sie czy mowie w jego jezyku i slyszac 'NO' bedzie wielce oburzony, zarazem nie potrafiac zrozumiec jakim cudem recepcjonista w Anglii nie mowi po francusku. Tak, lubie poniedzialki.

Za trzy tygodnie od dzisiaj, przez nastepne 26 poniedzialkow, bede czerpal z zycia prawdziwa radosc, a pogon za pieniedzmi przestanie miec znaczenie. Bede robil to na co mam w danej chwili ochote. Bede snil, odkrywal i spelnial marzenia. Za pomoca tego bloga skladam sobie takze obietnice, ze od 1 czerwca 2013 roku nie bede juz w zyciu robil rzeczy, ktorych nie lubie. A mimo wszystkich bardzo milo spedzonych chwil, cudownych wspomnien i sporej sumy zarobionej kasy, ktora lezy tutaj na ulicy, nie lubie mieszkac w Anglii. Zatem nie wroce tu i ch^j!*


* - przynajmniej nie w tym roku :)
Dodaj komentarz →